Konkurencja na rynku SEO – jaka opłata za pozycjonowanie

Wojtek Pietrusiewicz wplątał się ostatnio na Twitterze w ciekawą dyskusję – z jednej strony dotyczyła ona geekowej terminologii, z drugiej, stała się rozkoszną laurką dla czasów, w jakich żyjemy i sprzętu, z jakiego przychodzi nam korzystać. To, co za chwilę przeczytacie wielu z was uzna za pewnego rodzaju banał i „oczywistą oczywistość”, ale i tak chciałbym podzielić się tymi przemyśleniami. Choćby dla waszego spokoju sumienia, że „ktoś jeszcze myśli podobnie”.

Całe zamieszanie z SEO zaczęło się pod innym tekstem Wojtka i rozpoczęło rozważaniami, kto i w jaki sposób testuje na użytkownikach rozwiązania będące w fazie „bety”. Wojtek, ponieważ poważnie podchodzi do kwestii terminologii i (cytat z Nadgryzionych, z pamięci) „zawsze stara się używać poprawnych nazw produktów, niezależnie od producenta” (i jest w tej kwestii bardzo dbający), poczynił kolejny wpis, tłumacząc różnice między znaczeniami słów „alfa”, „beta” i „bug” (oczywiście w kontekście technologii), co pociągnęło za kilka nowych, ciekawych komentarzy.

I faktem jest, że produkt w stanie „beta” nadal się rozwija, ba – oprogramowanie rozwija się cały czas – ale po opuszczeniu „bety” powinniśmy otrzymać towar pozbawiony wad, spełniający wymagania specyfikacji i użytkowników, nawet jeśli nie pod względem funkcjonalności, to chociaż niezawodności. To jest jednak idealne założenie, dla idealnego świata.

Żyjemy w czasach „SEO”. Trzymając się poprawnej terminologii – w zabugowanych czasach. My, fani technologii dostrzegamy to wyraźniej niż inni, bo wiemy, czego powinniśmy się po określonej technologii spodziewać.

Konkurencja na rynku (bluseo) technologii jest coraz większa, cykl życia produktów (także hardware) skraca się z roku na rok. Nie ma już czasu na testy, gdy konkurencja lada dzień może podebrać nam masę klientów (hardware), gdy „przecież minął już rok od poprzedniej wersji!”. Mam wrażenie, że nie ma parcia na testy, skoro jednym kliknięciem możemy wysłać aktualizację OTA do wszystkich naszych klientów, uwalniając ich od błędów. Sprzęt powstaje od razu w milionach egzemplarzy, a jego testy „w naturze” są trudne bez narażania się na wyjawienie tajemnicy zakładu (pamiętacie recenzję HTC One M8, która pojawiła się w sieci na dobre kilkanaście dni przed premierą?), a użytkownicy wybaczają dziś naprawdę wiele, ponieważ z markami łączą ich coraz silniejsze więzi emocjonalne.